You are using an outdated browser. For a faster, safer browsing experience, upgrade for free today.

Z niczego nie zrezygnowałam

Maria Maranda - animatorka i pedagog kultury, niepoprawna idealistka. Spełniała się zawodowo, działała w Polskim Towarzystwie Turystyczno-Krajoznawczym. Wyróżniona tytułem honorowego członka PTTK. Finalistka konkursu „Mistrz Mowy Polskiej”. Autorka książek z cyklu „Krajobraz rodzinny”.

 

MARIO ZNAM CIĘ OD KILKU LAT I WIEM NA PEWNO, ŻE JESTEŚ KOBIETĄ SILNEGO CHARAKTERU.

Tak. Zawsze najważniejsi byli dla mnie synowie i mąż. Mój zdrowy syn Marcin jest starszy od Łukasza o 7 lat. Łukasz urodził się 8 października 1980 roku. Diagnoza brzmiała: przepuklina oponowo-rdzeniowa okolicy piersiowo-lędźwiowej. Łukasz był operowany w pierwszej dobie życia. Jego stan zdrowia był dla nas - rodziców - wręcz szokiem. Jednak szybko udało nam się opanować emocje i zacząć działać. Dowiedzieliśmy się, że na Kubie, w szpitalu w Hawanie robią różne cuda. Podróż na Kubę to była wielka przygoda. Nie chcieliśmy wysiąść z samolotu podczas międzylądowania w Gander, w Kanadzie. Za oknem była zima. Samolot szybko się wychłodził, więc przytuliłam synka mocno do siebie. Wreszcie ruszył nasz bombowiec (bo taki to był samolot!). Wyczekiwaliśmy lądowania w Hawanie. Było ciepło, późny wieczór. Kierowca taksówki jechał ostro, mało oświetlonymi ulicami.

Wkrótce znaleźliśmy się dużej szpitalnej sali. Dzieci popłakiwały "mamita!". Łóżeczka ustawione były jedno przy drugim. Rankiem zaczęliśmy rehabilitację. Stopniowo zapoznawaliśmy się z planem zabiegów, posiłków. W przerwach między nimi spacerowaliśmy po szpitalnych tarasach. Najwięcej radości sprawiały nam przejażdżki z taksówkarzem Angelito. W soboty i niedziele jeździliśmy z nim w różne części miasta i chłonęliśmy atmosferę wyspy.

 

CO PRZYNIÓSŁ ŁUKASZOWI POBYT NA KUBIE?

Pamiętam taką scenę: w sali gimnastycznej z ogromnymi lustrami Łukasz maszeruje w bucikach z cielęcej skóry, tylko w bawełnianej bieliźnie, a gęsty pot zrasza mu cały tułów. Postęp w poruszaniu się był znaczny, dający nadzieję na przyszłość. Kubańscy lekarze, pod koniec czerwca 1985 roku uznali, że Łukasz może wracać do Polski, bo teraz więcej nie osiągnie, że spotkamy się tutaj w Hawanie za jakiś czas. Do Polski przywieźliśmy dużą torbę z cytrynami. W samochodzie Łukasz mówił bez przerwy - to po polsku, to po hiszpańsku.

 

ALE BYŁA JESZCZE WIETRZNA KANADA.

Na początku października 1990 roku pojechałam z Łukaszem do Montrealu w Kanadzie, na zaproszenie Fundacji Pomocy Chorym Dzieciom Polskim. Było tu sporo nowości, ale i kłopotów. Wiza przewidywała 52 tygodnie pobytu w Kanadzie. Mieszkaliśmy w piwnicznym, dwupokojowym "apartamencie". Nad nami mieszkała bardzo głośna francuskojęzyczna rodzina. Na badania i rehabilitację woził nas, do szpitala Shriners Hospital for Crippled Children, Prezes Fundacji, Ireneusz Popławski. Poznaliśmy tam wielu Polaków, którzy w niedzielę gromadzili się w kościele pw. Świętej Trójcy. Realizowałam wraz z Łukaszem program klasy IV. W marcu 1991 roku Łukasz przeszedł dwie operacje: prawego kolana i prawego oka podczas jednej narkozy. Pomimo dalekich spacerów promenadą przy brzegu Rzeki Świętego Wawrzyńca i udziału w różnych imprezach tęskniliśmy za domem. Podróż do Polski - z Montrealu przez Pragę - trwała długo. Czekaliśmy kilka godzin na samolot z Warszawy.Wreszcie dotarliśmy. Łukasz przesiadł się na swój nowy wózek. Odprawa była szybka. Widzieliśmy Naszych. Uściski, ucałowania, przytulanie. Jakoś zmieściliśmy się do samochodu mojego Brata, Lucjana, a potem jechaliśmy już naszym samochodem do Białegostoku. Zdecydowaliśmy się na kontynuowanie leczenia w Zakopanem.

 

JAK TOCZYŁ SIĘ TEN POBYT?

Poprosiłam lekarza, który wspomniał o zabiegu na prawej nodze, żeby nie zrobili tego w  8 października 1985, bo wtedy Łukasz kończyłby 5 lat. Było nam przykro, że operacja została jednak przeprowadzona przed urodzinami i jak najszybciej pojechaliśmy do niego. Łukasz był przywiązany do łóżka pieluchą. W twardych łuskach ortopedycznych. Na nogach miał wyżłobione pręgi od moczu. Natychmiast pojechałam do pediatry w Krakowie, dostałam recepty na leki i wskazówki, jak te rany wyleczyć.   

 

JAK TO MOŻLIWE, ŻEBY ZAPAMIĘTAĆ TYLE SZCZEGÓŁÓW?

Pamiętam bardzo wiele szczegółów, bo to tkwiło w moim sercu i mojej pamięci. Mimo upływu lat.                                                 

 

PRZECZYTAŁAM KSIĄŻKĘ, W KTÓREJ OPISAŁAŚ LOSY SWOJEJ RODZINY I BLISKICH CI OSÓB. DEDYKOWAŁAŚ JĄ SWOJEMU ZMARŁEMU MĘŻOWI.

Tak, mój Mąż był artystą - w pracy i w życiu. Dokonywał rzeczy niemożliwych. Był ojcem, mężem i przyjacielem.

 

REALIZOWAŁAŚ RÓWNIEŻ SWOJE PASJE. UMIAŁAŚ W TEJ TRUDNEJ SYTUACJI ŻYĆ NORMALNIE.

Tak, w miarę normalnie.

 

A JEDNAK Z CZEGOŚ ZREZYGNOWAŁAŚ.

Z niczego nie zrezygnowałam. Uwielbiałam swoją pracę w wielu placówkach kultury. Z dumą przypominam sobie świetne zespoły współpracowników. Wzięłam na swoje barki dużo obowiązków a, że jestem sumienna, to brakowało dnia na ich wypełnianie i ”biegałam na wysokich obcasach po Polsce”. Do dziś jestem zapraszana na uroczyste odczyty. Najbliższy odbędzie się we wrześniu z okazji jubileuszu PTTK. Mam nadzieję, że będziesz mogła mi towarzyszyć.

 

JAK DALEKO WYBIEGAJĄ, MARIO, TWOJE MYŚLI? CZEGO PRAGNIESZ I CZEGO SIĘ OBAWIASZ?

Myślę o przyszłości, obserwując otaczającą mnie rzeczywistość (czasami mocno zagmatwaną). Moim największym pragnieniem jest to, by coraz więcej osób z troską pomogło osobom z niepełnosprawnościami wyjść z niedostępnych mieszkań. Czyniłam to też będąc na leczeniu Łukasza na Kubie i w Kanadzie. A co do spraw międzynarodowych, to obawiam się, że za dużo jest krajów, które niszczą pokój. Boję się wojen. Pragnę przyjaznej obywatelom i praworządnej Polski. 

 

A CO CIESZY CIĘ NAJBARDZIEJ?

Było wiele radosnych chwil, a najbardziej dziękowaliśmy fizjoterapeutce, Pani Debbie, która nauczyła Łukasza wielu codziennych działań i ćwiczeń. Potem okazało się jednak, że trzeba będzie  patrzeć na świat z wysokości wózka. Łukasz ukończył szkołę podstawową, liceum ogólnokształcące, potem studia polonistyczne na Uniwersytecie w Białymstoku. Mieszkamy razem i wspieramy się nawzajem. Dziś cieszy mnie każdy nowy dzień z perspektywą spotkania z ludźmi. Cieszą mnie działania Łukasza, kiedy zrobi coś ciekawego. Od niedawna maluje i sprawia mu to wielką frajdę i to mnie cieszy. Cieszy mnie perspektywa wyjazdu na moje ukochane Podlasie. Bo ja tam pojadę, tylko troszkę wydobrzeję. Pojadę odświeżyć wspomnienia, choć i tak wszystko doskonale pamiętam.

 

Rozmawiała Beata Łężak

Opisywane przez nas problemy dotyczą też Ciebie? Jesteś opiekunką/opiekunem? Chcesz podzielić się swoim doświadczeniem, opowiedzieć nam swoją historię i działać razem z nami na rzecz zmian w systemie wsparcia opiekunów OzN?

Zapraszamy! Napisz na: fundacjaktos@gmail.com

Tekst jest częścią projektu "Wytchnienie". Projekt finansowany przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię w ramach Funduszy EOG i Funduszy Norweskich w ramach programu Aktywni Obywatele – Fundusz Regionalny.